On tour

Wróć do On tour

Irlandia - Polska (2-3) w Dublinie

2009-09-09 00:03:20

Krótki opis wyjazdu na towarzyskie spotkanie z Irlandią w Dublinie w listopadzie 2008 roku. Lepiej zebrać się do pisania późno niż wcale... ;)

W srodę 19. listopada nadarzyła się okazja żeby odwiedzić Dublin i wypić kilka piwek na zielonej wyspie! Ponieważ w pzpn-ie narodziła się już jakiś czas temu „nowa świecka tradycja”  łatwiej było znaleźć transport na mecz i nocleg niż zdobyć bilet na to spotkanie! Leśne dziadki wykombinowały sobie, że skoro mecz jest w „odległej” Irandii i do tego jedynie towarzyski to chętnych do jego zobaczenia będzie ewentualnie kilka osób mieszkających w Dublinie lub okolicach. W Polsce sprzedaż wejściówek dla Biało-Czerwonych nie była nigdzie prowadzona a na stronie irladzkiej federacji bilety rozeszły się w ciągu jednego dnia. Moi kumple z Polski załatwiali je sobie przez znajomych znajomych jeszcze innych znajomych mieszkających w Dublinie a ja musiałem walić ściemę, że jestem fanem Irlandii mieszkającym w Szkocji i z Polską nic mnie nie łączy... paranoja!

Z Edynburga leciałem największym gównem podbijającym europejskie przestworza, czyli ryanair`em.  Już na szkockim lotnisku dało się zauważyć parę grupek i klkanaście pojedyńczych osób w naszych barwach. To było jedynie preludium do tego co działo się tego dnia w irlandzkiej stolicy! Jak tylko dojechałem, razem ze szkockim kumplem, do centrum Dublina od razu w oczy rzucały się nasze flagi i szale... taka mała inwazja a do meczu jeszcze ładych kilka godzin!

Na parę tygodni przed meczem - Stan - nasz polsko-szkocki znajomy mieszkający w Anglii podjął się znalezienia taniego noclegu w centrum miasta. To był drugi i ostatni raz gdy mu na to pozwoliłem! Za pierwszym razem skąpstwo Stana doprowadziło do tego, że na wyjeździe w Serbii nocowaliśmy w jakiejś pseudoszopie! Tym razem hostel cenowo to może i było tańszych od pozostałych maksymalnie o 1 albo 2 euro... ale dystans od centrum to już trzeba było liczyć w kilometrach ! Żeby było ciekawiej to on rezydował sobie w pokoju z jakimiś dwoma Angolami (ciągnie swój do swego! A nam wmawia, że „nie jest Anglikiem!”) a nam przypadł w udziale pokój 4-osobowy zamieszkały już przed dwie niewiasty, bodajże z Estonii. Panie miały nas głeboko w d... , kibiców nie lubiały a do tego były zakochanymi w sobie lesbijkami.

Około południa byliśmy umówieni z dwoma GieKSiarzami, którzy już od wtorku rezydowali w Dublinie i wlewali w siebie Guinness`a. Tak szczerze mówiąc to oprócz tej dwójki z Dąbrowy Górniczej więcej kibiców mieszkających na stałe w Polsce tego dnia nie spotkałem. Wspólnie zaliczyliśmy kilka pubów a na koniec lokal o nazwie „Zagłoba” z naszym napojem bogów i paroma mocniejszymi trunkami made in Poland! Przez cały dzień masy Polaków przelewały się przez wszystkie bary, puby i inne lokale. Miasto było całkowicie opanowane ale tubylcom to jakoś nie przeszkadzało... chyba przywykli do tego, że język polski powoli staje się u nich językiem urzędowym.

Na stadionie (Croke Park) byliśmy na jakąś godzine przed meczem. Bilety mieliśmy na sektor irlandzki ale nie mieliśmy żadych kłopotów żeby obejśc całe trybuny i usiąść razem z Polakami. Tam nie ma zamkniętych czy zagrodzonych sektorów a cały stadion, o pojemności 82 500 miejsc, jest w kształcie wielkiej litery „U”. Tuż przy lini środkowej boiska wywiesiliśmy nasze dwie flagi : ”Edinburgh – szkockie sknerusy on tour” i „Huddersfield Town”. Całe oflagowanie polskiego sektora było bardzo przyzwoite. Szczerze mówiąc to nie ma sensu pisać jakie nasze ekipy zagościły na tym meczu bo chyba w mniejszej lub większej liczbie były tam wszystkie! Razem Polaków było ponad 15 000! A może nawet w okolicach 20 000. W zdecydowanej większości były to osoby z Irlandii, które chyba nigdy wcześniej nie były na meczu. Chwała im za to, że każdy z nich zabrał ze sobą barwy narodowe. Gorzej było z ogarnięciem dopingu przy takiej liczbie „małyszowców”. Wielkie brawa należą się dla chłopaków z „Polish Fans From Ireland”, którzy przygotowali na ten mecz trochę pirotechniki, kartoniadę i olbrzymią sektorówkę w biało-czerwonych barwach. Starali się także prowadzić nasz doping ale dla wielu pikników była to rzecz niepojęta. Zresztą czasami trzeba było mieć nerwy ze stali jak jeden z drugim marudził, że mu się zajęło  miejsce albo, że nie po to tyle płacił żeby teraz stać a ten czy inny mu zasłania! Co by jednak nie mówić to Irlandczycy pokazali, że śpiewać potrafią jedynie po swoich bramkach. Na boisku (3-2) i trybunach byliśmy lepsi!

Po meczu całe polskie towarzystko znowu opanowało wszystkie bary w centrum i tak sobie w nich popijaliśmy wszelakie trunki aż... ich nie zamknięto, czyli o ile dobrze pamiętam to w okolicach 24.00-1.00

Na tym można by było skończyć opis całej „eskapady” ale musze wspomnieć także o powrocie do Polski moich dwóch kumpli z GKS-u. Następnego dnia po meczu o jakiejś chorej godzinie wczesnoporannej mieli swój lot ryanair`em z Dublina do Krakowa. Lekko zmęczeni i jako ostani załapali się na odprawę. Grzecznie ustawili się na końcu kolejki do samolotu i... okazało się, że przed nimi stoi Boguski i Brożek z Wisły! Cała czwórka trochę pogadała o meczu a na koniec była taka rozmowa:

-chłopaki, to wy lecicie razem z nami do Krakowa takim gównem jak ryanair?

-no...

-i nawet nie macie wykupionego priorytetu w wejściu na pokład samolotu?

-no...

-to kto wam kupił takie bilety?

-...pzpn

 

Daniel

Wróć do On tour

Komentarze:

Nie ma jeszcze komentarzy dla tego artykułu.

Musisz być zalogowany aby dodawać komentarze.