On tour

Wróć do On tour

Czechy - Polska (2-0) w Pradze

2009-12-03 23:16:40

Zapraszamy do przeczytania relacji z naszego "podboju" Pragi przy okazji październikowego meczu eliminacji do Mistrzostw Świata 2010! Kto nie był niech żałuje a kto był niech powspomina!

Na mecz „o wszystko” lecieliśmy (ja i Marzena) z Edynburga w piątek rano jet2. Na lotnisku okazuje się, że nasz samolot ma 1,5 godziny opóźnienia więc jedynym sensownym zabiciem czasu było zamówienie kolejnego Tyskiego na śniadanie lub kawy. Przed samym odlotem znajduje się jeszcze Ponio z Aberdeen i cała nasza trójka spokojnie dolatuje do Pragi .

                W hali przylotów czeka na nas „mała” niespodzianka! Komitet powitalny i to nie byle jaki! Jest trzech muszkieterów z Warszawy: Szamo, Irek i Kowal oraz nierozerwalna para kibiców-podróżników Stan i Cyggi. Nie obyło się również bez kwiatów... wiadomo od kogo dla kogo! Marzena i Ponio pojechali razem ze wszystkimi chłopakami do centrum a ja razem z Jindrą, kibicem Banika mieszkającym w Pradze, na delikatną parapetówkę do jego nowego lokum.

                Po południu razem z Jindrą zawitałem do hostelu, w którym nocowali Deynowcy, Stan z Cyggim i poznany w pociągu do Czech kibic Jezioraka Iława. Żadnych trunków tam nie brakowało! Towarzystwo delektowało się tubylczą produkcją a także zapasami z ojczyzny wśród których na pierwsze miejsce zdecydowanie wysunęła się mikstura w butelce po Mirindzie... Twórcą tego specyfiku o duże mocy tradycyjnie był Szamo.

                Około 18 pojawił się Damian, polski rezydent w czeskiej stolicy z największej rozlewni jabłkowych napojów gazowanych czyli Radzionkowa, który na najbliższe dwie noce przygarnął mnie i Marzena do siebie. Jak już się ulokowaliśmy i rozpakowaliśmy rozpoczeło się tradycyjne podczas każdego wyjazdu „tour de pub”! Na sam początek za przewodnika robił Jindra, który zabrał nas na Żiżkov, gdzie dominuja typowe czeskie gospody. W pierwszym lokalu po wypici piwka i Becherovki ostentacyjnie walimy focha i wychodzimy! W menu nie było smażonego sera!  W następnym barze czekają na nas zarezerwowane stoliki i gwarancja, że serwują nasz wymarzony ser (ukłony dla Jindry!).  Całe nasze towarzystwo liczyło już 12 osób bo dołączył do nas Ponio z Robertem i czeski kumpel Damiana – Ondrej (albo jakoś podobnie miał na imię... po naszemu Andrzej i tej wersji lepiej się trzymać!). Po zaliczeniu Żiżkova dowodzenie nad cała naszą grupą przejął Damian i zabrał nas do centrum żeby pokazać co to znaczy „Prague by night”. Z całej tej zabawy wyłamał się Irek z Kowalem... bo mieli do rozpracowania zapasy w hostelu.

                Pierwszą imprezownią tamtego wieczoru był klub La Fabrique... co do menu to zdecydowanie dominował zestaw: piwo Krusovice i Bechorovka... po kilku kolejkach rozweselaczy parkiet był nasz! „Zwiedzanie” miasta trwało do wczesnych godzin rannych... gdzie my po drodze jeszcze nie zawitaliśmy to chyba tylko Damian pamięta!

                Mimo krótkiego snu sobotnie przedpołudnie należy zaliczyć do udanych! Tym razem braliśmy udział w prawdziwym odchamianiu (Damian, Marzena i ja). Zaliczyliśmy Most Karola, Hradczany i symboliczne piwko w winnicy pod zamkiem.  Deynowcy i Cyggi rozpracowywali mały bar jakieś 200m od hostelu, położony pomiędzy kamienicami zajmowanymi przez... policję i straż miejską. Stan miał chyba już dość Pragi bo się nawet nie odzywał a na myśl o konsumpcji jakiegokolwiek płynu robił się zielony!

                Udało nam się jednak jeszcze raz zebrać  w jednym miejscu. Tym razem mały meeting odbył się w mieszkaniu Damiana i był uświetniony uroczystym obaleniem prezentu od Jindy – zacnej Becherovki w ilości 1 litr! Dla urozmaicenia posiadówki zrobiliśmy sobie również małą sesje zdjęciową z naszą nową flagą „Biało-Czerwoni from Scotland”. O 17.00 byliśmy na głównym placu Pragi gdzie wyznaczona była zbiórka polskich kibiców przed wieczornym meczem. To co się szczególnie rzucało w oczy to liczba czeskiej policji! Wyglądem przypominający cyborgów ,w łbach zakutych kaskami i z zamaskowanymi twarzami miejscowi stróże prawa i porządku starali się stanowić większość w centrum miasta ale nie mieli szans! Parę tysięcy Polaków opanowało Staromestke Namesti i wszystkie lokale w najbliższej okolicy! W tym tłumie wszyscy delektowali się czeskimi specjałami, trochę śpiewali i robili fotki. Na szybko spotkaliśmy się z Kosą i Shellem z GieKSy, którzy dowożą nam dwa brakujące bilety na polski sektor. Dwie inne wejściówki ,jeszcze w Polsce, zdobył dla nas Szamo. Wielkie dzięki za pomoc! Około 18 wszyscy Polscy kibice uformowali wielką kolumnę i w asyście policji pomaszerowali w stronę stadionu Sparty. My, ze względu na „obowiązek” wywieszenia nowej flagi, wskoczyliśmy do dwóch najbliższych taxówek i pojechaliśmy prosto pod polski sektor.  

                Po kilku minutach otworzono bramy stadionu i jako pierwszy wpadłem na nasze sektory. Na balkonie zadebiutowała nasza 6-cio metrowa flaga a „historyczna”   zawisła nad schodami.  Polscy kibice mieli do dyspozycji około 2500 miejsc na dwóch poziomach w narożniku stadionu. Oflagowanie było bardzo dobre, wszystkie polskie sektory były biało-czerwone z każdej strony a nasze barwy pojawiły się także po przeciwnej stronie stadionu, gdzie na codzień zasiada młyn Sparty Praga. W momencie podejścia pod stadion głównej grupy Polaków rozpoczyna się regularna bitwa z policją. Ramię w ramię z oddziałami czeskiej policji do opanowania sytuacji włączyli się... kibice Sparty, którzy na czas meczu poubierani w odblaskowe kamizeli dorabiali jako ochroniarze. Sytuację wyjaśnia dopiero szarża policji konnej i kilkuset kibiców otoczonych kordonem pozostaje pod stadionem przez całe spotkanie. Były to głównie osoby bez biletu ale nie tylko! Wejściówki nie były sprzedawane w dniu meczu choć chętnych na nie było wielu kibiców, stadion był wypełniony jedynie w połowie... a „hitem dnia” była informacja, że PZPN odesłał Czechom 500 biletów bo stwierdził, że nie ma większego zainteresowania meczem ze strony Polaków!

                Podczas samego meczu, który okazał się nędznym widowiskiem, godne odnotowania było kilka wydarzeń. Zaczęło się od polskiego hymnu, który został wykonany przez Czecha! Co by nie mówić to trzeba mu przyznać, że się starał (moje odczucie jest pozytywne) i księżniczka Górniak może sie od niego uczyć. Drugą sprawą to brak zorganizowanego dopingu kibiców Czech. Ograniczali się jedynie do „Czesi do toho” i „Czesi, Czesi”.  Organizatorzy przygotowali nam dość dobry catering z piwem bezalkoholowym oczywiście ;) Co do Polaków to zabawa na sektorze była odwrotnie proporcjonalna do poczynań naszych kopaczy na boisku. Doping na dwa poziomy z pomoca mogafonów i bębna prowadził Szczena w asyście kilku fanów. W I połowie wywieszono trans „Wasyl trzymaj się”. Momentami budziliśmy większe zainteresowanie czeskich kibiców niż wydarzenia na murawie. Ostatnie 10 minut meczu to nieprzerwane HSV wszystkich Polaków jak w amoku! Doping był przeplatany pozdrowieniami dla PZPN-u, królewicza Grzesia L. i jego przydupasa Stefana. Po meczu, gdy stadion opustoszał i przetrzymywano nas na sektorach ,na murawie pojawił się „tymczasowy trener” by na żywo udzielić wywiadu dla polskiej telewizji. Czegóż się on wtedy nie dowiedział i nie nasłuchał... Najbardziej delikatną formą uświadomienia mu jego miejsca w szeregu służalczości  było „Stefan! Co? 2-0!” oraz informacja kto jest w posiadaniu jego tyłka... tamtego wieczoru.

                Po meczu, już na spokojnie i bez zbędnych emocji ekipy zmotoryzowane rozchodziły sie do swoich busów i samochodów, część kibiców zmierzała w stronę dworca kolejowego a my znowu udaliśmy się na „podbój” bawimordek. Niestety z większości z nas wraz z emocjami odeszły także siły witalne i na placu boju pozostałem sam z Cyggim i Damianem.  Odwiedziliśmy kilka klubów, wypiliśmy kilka piwek a w jednym z lokali na bliższe poznanie usilnie namawiała nas pewna dama w wieku dość zaawasowanym jak na profesję którą się trudniła. Owa turystka z miasta Perm w Rosji dysponowała nawet  unikatowym menu, w którym obok wszelaki trunków było również miejsce na cennik jej wygibasów i innych „cudów”. Na szczęście udało nam się oprzeć jej wdziękom i urokowi. Już nad ranem rozegraliśmy trójmecz w piłkarzyki po którym okazało się, że Damian jest najtrzeźwiejszy z nas wszystkich... i o 5 rano byliśmy w łóżkach!

                W niedzielę rano Marzena jako pierwsza opuściła Pragę (ten fakt jest mi znany jedynie z relacji Damiana) a w okolicach południa dali o sobie znać Legioniści, którzy znowu zadekowali się w barze obok policji. Tam popijaliśmy sobie piwko aż do odjazdu ich pociągu po godzinie 14. Ja ze Stanem i Cyggim czekaliśmy na nasze połączenie aż do wieczora więc mieliśmy dość czasu żeby zaopatrzyć się w podróż koleją do Katowic. Udało nam się także trochę zaoszczędzić bo skorzystaliśmy z opcji jaką oferuje czeskie PKP. W kraju naszych południowych sąsiadów dwie osoby to już grupa i zniżka na pociąg! Nas było trzech więc urwaliśmy jeszcze trochę z ceny i za 310 Koron na głowę kupiliśmy bilet do granicy. Ku naszemu zaskoczeniu polski konduktor nie odwiedził nas do samych Katowic więc trasa Praga – Katowice kosztowała nas około 12 funtów! Całą podróż umijaliśmy sobie piwami kupowanymi na zapas od czeskiego konduktora, śpiewami na dwa przedziały z poznanymi w trasie kolejnymi kibicami Legii a także na krótkich negocjacjach co do naszego repertuaru z czeską policją. O ile pozdrawianie Stefana przyjęli ze zrozumieniem (teoretycznym oczywiście biorąc pod uwagę ich wyraz twarzy) to już nieśmiertelny przebój z „Czterech pancernych i psa” spowodował u nich pęknięcie żyłki i słowną reprymendę (dość zabawną w brzmieniu).

                O 4:20 rano Stan i Cyggi wysiedli lekko zmęczeni w Katowicach a ja na następnej stacji - w Sosnowcu. Wyjazd do Czech został zakończony sukcesem! Wszyscy wrócili do domów/hosteli w jednym kawałku;) Pozdrowienia dla tych wszystkich, którzy byli z nami albo nas poznali! Wielkie DZIĘKI za gościne i pokazanie Pragi od podszewki dla Damiana i Jindry!

 

Daniel

">

Wróć do On tour

Komentarze:

Nie ma jeszcze komentarzy dla tego artykułu.

Musisz być zalogowany aby dodawać komentarze.