On tour

Wróć do On tour

Polska - Mołdawia (1:0) w Vila Real de Santo Antonio, Algarve

2011-02-13 01:54:22

Ciężko opisać wszystko co się nam przytrafiło między 5. a 10. lutym w Algarve ale warto spróbować... Oczywiście nigdy by nas tam nie było gdyby nie zgrupowanie polskiej kadry i dwa mecze towarzyskie: z Mołdawią i Norwegią. Jako, że mecze były dwa i na dwóch różnych stadionach to i zapis naszej eskapady będzie w dwóch częściach. Miłego czytania/wspominania!

Na początek trzeba zaznaczyć, że ten wyjazd dla nas tzn. PolishFans ze Szkocji był dość specyficzny a to z kilku powodów:

- lecieliśmy w obie strony Ryanair`em (co ostatnio nie jest nowością) i za każdym razem obyło się bez niespodzianek! Starty i  lądowanie bez opóźnień a potem to już tylko obowiązkowe fanfary,

- każdy z nas zabrał ze sobą „drugą połówkę” (czy mu się to podobało czy też nie!) a niektórzy  nawet bardzo nieletnie pociechy,

- zamiast ulokować się w hostelu w pokoju z niezliczoną ilością łóżek (piętrowych oczywiście!) rezydowaliśmy w Albuferia w 3* resorcie przy samej plaży Atlantyku,

Pierwszy dzień w naszej miejscowości ograniczył się jedynie do szybkiego rozpakowania bagaży, zahaczeniu o hotelowy barek (1,5€ za 0,2l piwa – jak barman nie miał drobnych to kazał upijać ze szklaneczki  i dolewał brakujące np. 10 centów!) delikatnej degustacji trunków z wolnocłówki u Taumela w pokoju nr 2 (ochrzczonym potem wyjazdową świetlicą) i to chyba na tyle. Trzeba było się wyspać przed mega ważnym meczem z nieobliczalną Mołdawią.

Dzień drugi to powolne rozkminianie systemu korytarzy, wind, schodów, pawilonów i wszelkich możliwych skrótów w naszym hotelowym kompleksie, który do najnowszych nie należał (ta uwaga tyczy się także obsługi) ale nie ma co wybrzydzać bo płaciliśmy śmieszną kasę za nasz pobyt. Słońce miło grzało, piwko było przepyszne, wylegiwaliśmy się na leżakach i tak nam upłyną czas do godz 15 kiedy wyjechaliśmy w kierunku Vila Real de Santo Antonio gdzie rozgrywany był mecz.

Sam stadion jest lekko wiejski, ma tylo jedną trybune, poza tym dominuje wysoki mur i to tyle... na tym obiekcie nasza Kadra rozgrywała już drugie spotkanie (poprzednio z Walią). Można tylko wnioskować, że komuś z władz PZPN-u przypadła do gusta jego leśna okolica z jednej strony, uliczka pełna barów z drugiej bądź też sentyment do wysokiego muru okalającego murawę.

Przed nami na stadionie było już kilka innych grup kibiców z Polski, którzy wywiesili swoje flagi. Wraz z Taumelem również chcieliśmy powiesić nasze barwy na barierkach przy murawie ale nie było opcji żeby dostać się na bieżnię. Najpierw policja stanowczo wypraszała nas z obiektu a potem zza rogu wyłonił się jakiś wyżelowany ciul w kufajce z logo PZPN-u i Orange co po angielsku(!) zaczął marudzić, że już przyjechali piłkarze, nas tu nie ma prawa być, przeszkadzamy we wszystkim i pokazał gdzie jest wyjście... Ciśnienie nam skoczyło na tego tępego typa maksymalnie i nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki podeszła do nam młoda blondyneczka z wywieszoną akredytacją i kulturalnie oznajmiła, że jak tylko wróci z parkingu to jednego z nas wprowadzi za soba na stadion żebyśmy mogli  rozwiesić flagi! Wyżelowany w kufajce odwrócił się na pięcie i prysnął, policję zatkało a my z szerokimi uśmiechami zostaliśmy w holu. Kobitka okazała się uroczą Niemką pracującą dla sportsfive przy obsłudze wyjazdowych meczów polskiej reprezentacji. Razem ze mną przeszła wkoło murawy, gdzie rozwiesiłem „szkockie” fany i dzięki jej bezinteresowanej pomocy „Biało-Czerwoni from Scotland” oraz „Edinburgh – szkockie sknerusy on tour” zawisły przy narożniku boiska.  

Chwilę później pod stadionem pojawiła się wesoła gromadka z Katowic na czele z Shellem i Kosą. Oznaczało to tylko jedno – kierunek pobliska stacja benzynowa, plastikowy stoliczek przy dystrybutorze oraz piwko z lodóweczki – wraz z Shellem opowiadaliśmy Taumelowi jak to było dwa lata wcześniej z Walijczykami... ot, taki wspomnień czar :)

Pod naszą nieobecność ze stadionu na wniosek PZPN-u usunięto transparent poświęcony kibicom z Łodzi. Efekt był łatwy do przewidzenia: połowa dopingu to pozdrawianie leśnych dziadków, Grzegorza L. i policjantów. Trzeba jednak przyznać, że HSV na dwie strony wyszło lepiej niż dobrze, motywacja wodzirejów podziałała i czasami dopingował cały sektor, była też „ciufcia” z gołymi klatami a w jednym przypadku nawet piłkarze zasiadajacy na trybunie honorowej włączyli się w chóralne śpiewy „Polska, Polska...”. W tej ostatniej kwestii lekko poniosło Roberta Lewandowskiego, który tak się rozkręcił, że nie załapał zmiany repertuaru na „PZPN, PZPN...” Co by nie mówić to piłkarz z niego bardzo szybki – urwał w pół słowa i usiadł grzecznie w ułamku sekundy... kilka siedzeń dalej rozpłaszczony był Grzegorz L.

W przerwie meczu popis rzutami na odległość butelkami z piwem dało dwóch stróżów prawa, którzy kontrolowali przed sektorem kibiców wracających ze stacji benzynowej. Najpierw grzecznie cofali delikwentów z browarami ze schodów ale później już stracili cierpliwość i każdą wymacaną butelczynę z pasją ciskali w elewację stadionu (tak skończył mój Super Bock) lub w okolicę pobliskiego boiska treningowego.

Co do samego widowiska sportowego to najlepiej przemilczeć 90 minut poczynań wirtuozów futbolu z Polski i Mołdawi. Ujmę to w ten sposób: jaka bramka - taki mecz! Wygraliśmy 1:0 i to tyle co do gry.

Po mecz kilku zawodników umiało się zachować i podziękowało za doping oraz rzuciło swoje koszulki w stronę fanów. Jednym ze szczęśliwców był Jacek z GieKSy, który złapał „prezent” od Dawida Plizgi... wiedział chłopak gdzie się ustawić :)

Z Edynburga w Vila Real na meczu z Mołdawią stawiło się 8 osób, wszystkich widzów można szacować na około 250 osób, w tej liczbie była także mała grupa kibiców mołdawskich z flagami narodowymi.

Gdy już wydawało się, że zaliczyliśmy wszystkie atrakcje związane z meczem i szliśmy w kierunku aut wydarzył się hit wieczoru! Jego sprawcą i zarazem głównym aktorem był:

ZDZISŁAW DROBNIEWSKI

Członek Zarządu PZPN

 Delegat ds. Bezpieczeństwa

Ten upity i trzymający pion tylko dzięki obecności barierek (w zasięgu jego obu rąk) działacz PZPN domagał sie wyjaśniej dlaczego tak nie lubimy, tu cytat: „Grześka Laty, tego zajebistego człowieka, który zrobił dla polskiej piłki więcej niż my wszyscy i jeszcze dużo goli strzelał?!”. Na uwagę, że jest pijany i nie będziemy z nim rozmawiać odpowiedział, tu cytat: „A co? Nie mogę się najebać?! i zaczął rozdawać swoje wizytówki! Żeby było mało to stwierdził, że my – kibice – to nie jesteśmy nic innego jak tylko „kupa!”. Mimo swego stanu upojenia alkoholowego miał ten jegomość jednak i przebłyski pracy mózgu gdyż po przedstawieniu mu naszej wizji futbolu oraz działalności takiej instytucji jak PZPN najpierw nabrał głęboko powietrza a potem wydarł się, tu kolejny cytat: „No to ja jest chuj! Utwierdzając go w tym przekonaniu zakończyliśmy rozmowę. W czasie tej komicznej scenki z autokaru wytoczył się kolejny tzw działacz ubrany  w garnitur z logo PZPN-u, który także chciał włączyć się do dyskusji. Jedyna osoba do której nie można mieć zastrzeżeń w kwestii alkoholu próbowała przerwać to widowisko ale nie dała rady. Delegata ds. Bezpieczeństwa nie chciała puścić barierka. Od czego jednak jest prezes Związku przekonaliśmy się na własne oczy gdy do gry wkroczył sam Grzegorz Lato! Chwycił obu „rozbójników” za paski i „na wstecznym” zaciągnął do autokaru... przez te kilka sekund, na trasie barierka – autokar reprezentacji, nad całym Vila Real niosło się głośne porykiwanie Delegata ds. Bezpieczeństa  „kurwa! Jak tylko rozmawiam! Kurwa!...”

 

W doskonałych humorach wracaliśmy do hotelu przy okazji podrzucając do pobliskiej miejscowości fana Rakowa a do Albufeira kibica z Dublina.

cdn

 

Daniel

Wróć do On tour

Komentarze:

Nie ma jeszcze komentarzy dla tego artykułu.

Musisz być zalogowany aby dodawać komentarze.